Leżące samotnie lub w parach elektryczne hulajnogi powoli stają się stałym elementem miejskiego krajobrazu. Oparte o ławki, mury, płoty czy po prostu leżące na środku chodnika urządzenia to już swego rodzaju plaga. Biedne, samotne pojazdy nie tylko nie wzbudzają w nas współczucia, ale zaczynają powoli zawadzać. Nagłe pojawienie się elektrycznych urządzeń początkowo wywołało wielki boom wśród… dorosłych. Wypuszczeni z korporacyjnych czterech ścian biznesmeni i biznesmenki masowo wskoczyli na hulajnogi, pokonując nimi ostatnie kilometry swojej karkołomnej podróży do domu. Jednak z czasem te małe, niepozorne urządzenia zaczęły sprawiać coraz większe problemy – głównie prawne. Stąd parę słów o niepewnym statusie (onkologicznym?) hulajnóg.

Jeśli nie wiadomo skąd to na pewno z USA

Ta zasada działa również w tym przypadku. Elektryczne hulajnogi, nazywane przez pieszych pomiotami szatana, pojawiły się po raz pierwszy w 2017 roku w Stanach Zjednoczonych. Mówiąc o pierwszym publicznym wystąpieniu mamy oczywiście na myśli hulajnogi miejskie, te komunijne, modne na początku lat dwutysięcznych to osobna historia. Po ogromnym amerykańskim sukcesie pierwsze hulajnogi zaczęły pojawiać się na ulicach, chodnikach i ścieżkach rowerowych największych polskich miast, a ich popularność wzbudziła sensacje.. i parę problemów.

Coś poszło nie tak , czyli luki w prawie

Śmigający na hulajnogach starsi i młodsi to obecnie naturalny element krajobrazu największych europejskich miast. Jednak właśnie tu pojawia się pierwszy problem, a mianowicie trasa. Elektryczna hulajnoga może rozwijać prędkość do około 25 km/h. Nie jest to może prędkość światła, ale w przypadku poruszania się po chodniki może zacząć sprawiać problemy. I tak właśnie jest. O lukach w polskim prawie powstało wiele zabawnych memów i powiedzeń, jednak w tym przypadku problem jest ogólnoświatowy. W miastach nawiedzonych przez hulajnogową plagę zaczęły pojawiać się pierwsze historie o potrąceniach pieszych, stwarzaniu niebezpieczeństwa, a nawet o śmiertelnych wypadkach.

Hulajnogowe szaleństwo, czyli parę słów o elektrycznej pladze miast

Moralny impas hulajnogi

Przez polskich policjantów użytkownik elektrycznej hulajnogi został zakwalifikowany jako pieszy. W związku z tym powinien poruszać się swoim elektrycznym wspomaganiem po chodniku. Jednak w regulaminie Lime, czyli jednego z właścicieli hulajnóg zapisane jest, że urządzenie przeznaczone jest do jazdy po ścieżce rowerowej. Brzmi to dość sensownie, zwłaszcza biorąc pod uwagę prędkość, jaką może nią osiągnąć przeciętny zjadacz chleba. Właśnie tutaj pojawia się problem natury moralnej – których zasad przestrzegać? Jadąc po chodniku, łamiemy przepisy operatora, natomiast jadąc ścieżką rowerową, zwiększamy prawdopodobieństwo otrzymania mandatu o wysokości nawet 500 złotych. Jeżeli wykluczymy zarówno chodnik, jak i ścieżkę rowerową, pozostaje jeszcze ulica. Wówczas hulajnogi staną się zastępcą korkujących miasta rowerów, które dopiero co zostały odesłane na, bądź co bądź nieliczne, ścieżki rowerowe.

Problem goni problem, a więc po co?

To pytanie godne współczesnego Platona. Jednak tak jak w przypadku skomplikowanych kwestii filozoficznych, wiąże się ono z kilkoma równoważnymi odpowiedziami. Po pierwsze elektryczne hulajnogi miały stanowić ekośrodek transportu. Nie produkują spalin i są zasilane prądem, więc jest to nie najgorsze rozwiązanie. Jednak w tym przypadku nieekologiczność hulajnóg zasadza się na czymś innym. Jedna hulajnoga przy standardowym użytkowaniu przeżywa około miesiąca. Oznacza to, że każdego dnia ogromne ilości hulajnóg trafiają do hulajnogowego nieba, ponieważ nierzadko koszty naprawy są zbyt duże. W związku z tym, że mają one pełnić funkcję publicznego środka transportu, większość użytkowników zwyczajnie o nie nie dba, co znacznie skraca ich żywotność. Co więcej, skonfiskowane przez ZDM i ukarane szlabanem za złe parkowanie hulajnogi często nigdy nie są odbierane, ponieważ zwyczajnie jest to nieopłacalne. Za to na ich miejsce produkowane są kolejne modele.

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze

W tym przypadku ta kwestia jest dużo bardziej skomplikowana. Produkcja jednej elektrycznej hulajnogi to koszt niemal 2 tysięcy złotych, więc aby dana hulajnoga „zarobiła na siebie” musiałaby być wypożyczana 5 razy dziennie przez 5 miesięcy. Jednak, jak wiadomo, jej żywotność jest niemal 5 razy mniejsza niż zakładana. Co więcej, mimo że na naszych drogach, chodnikach i ścieżkach rowerowych widzimy coraz więcej użytkowników, należy zwrócić uwagę na to, że pokonują oni co najwyżej ostatni odcinek trasy do domu, ponieważ w przypadku większej odległości naliczane są już dość duże koszty.

Parę słów na koniec

Mimo pozornie pesymistycznego wydźwięku artykułu nie miał on na calu negacji hulajnogi, a jedynie wskazanie problemów, które muszą zostać naprawione, by hulajnogi nie stwarzały niepotrzebnego niebezpieczeństwa, a ich eksploatacja nie była tak szkodliwa dla środowiska. Należy pamiętać, że mimo wszystko jest t kolejny krok w stronę ekomobilności, który dodatkowo zapewnia wielu osobom miejsce pracy.